Przemyślenia po lekturze artykułu „Negatywna moc pozytywnego myślenia”

  • -

Przemyślenia po lekturze artykułu „Negatywna moc pozytywnego myślenia”

Artykuł ukazał się w Magazynie Focus, Nr 9/228

IMG_1102

Negatywna moc negatywnego myślenia. Czyli moje przemyślenia po lekturze artykułu „Negatywna moc pozytywnego myślenia” .

W marcu przyszłego oku przyjeżdża do Polski znany trener i mówca motywacyjny Anthony Robbins. Od dwóch miesięcy trwa związana z tym kampania reklamowa i informacyjna. Nie wiem, czy to zbieg okoliczności, czy działanie celowe, ale w najnowszym numerze znanego i poczytnego pisma Focus ukazał się artykuł autorstwa pana Mirosława Konkela „ Negatywna moc pozytywnego myślenia”.

Jak zaczyna się artykuł? „W kalifornijski San José 21 osób trafiło do szpitala na leczenie oparzeń po tym, jak podczas seminarium „Wyzwól wewnętrzną energię” chodzili boso po gorących węglach. W ćwiczeniu uczestniczył Anthony Robbins, popularny także w Polsce mówca motywacyjny (…).

Znam Tony Robbinsa od 1994 roku i jego sukcesy między innymi w pomaganiu ludziom w osiąganiu sukcesów. Dlatego przeczytawszy dwa pierwsze zdania z ciekawością zagłębiłem się w lekturę artykułu z otwartym umysłem. Tym bardziej, że sam od wielu lat pracuję z wieloma osobami i widzę, jak zmienia się ich sposób myślenia i jak realizują swoje cele i marzenia. Zaś Tony Robbins był jedną z osób, które wiele lat temu mnie do tego zainspirowały.

Przeczytałem artykuł i kiedy odłożyłem ipada zadałem sobie w myślach pytanie: ”Czy jest on ukrytą reklamą przyszłorocznego seminarium Robbinsa, czy może ma do niego zniechęcić? A może to tylko zbieg okoliczności? I w ogóle nie chodzi o Robbinsa?

Potem pojawiły się kolejne pytania:
1. O czym tak naprawdę pisze autor? Co chciał czytelnikowi przekazać?
2. Czy artykuł ma do czegoś zachęcać, czy może zniechęcić?
3. Jaką wartość ma wnosić ten artykuł w życie czytelnika?
4. Czego można się z niego nauczyć?
5. Co zrozumiałem, a czego nie pojmuję po jego przeczytaniu?

Na pierwsze pytanie nie starałem się znaleźć odpowiedzi, bo mam do Robbinsa subiektywny, pozytywny stosunek. Dlatego kogokolwiek i jakiekolwiek opinie na jego temat tego zdania nie zmienię, chociaż nie należę do osób ślepo w niego zapatrzonych. Uważam bowiem, że nie daje recepty na wszystko, a w niektórych aspektach wręcz się myli. Tym bardziej nie zmieni go ani sam autor artykułu, ani żaden z przytoczonych w nim książek i badań. Chociażby dlatego, że najprawdopodobniej żadna z tych osób nigdy nie przerobiła trzydziestodniowego programu Personal Power II i nie wie czego tak naprawdę uczy Tony. A na pewno nie zachęca on do opisywanego w artykule „pozytywnego myślenia”. Wręcz przeciwnie, ale o tym w dalszej części.

Co do pozostałych czterech pytań….

No, cóż, szybko doszedłem do wniosku, że gdybym był osobą, która w żaden sposób nie jest związana z edukacją i rozwojem osobistym, artykuł nie wniósłby nic w moje życie. No może z wyjątkiem tego, że w mojej głowie powstałby prawdziwy chaos.

Może warto go nieco uporządkować? Zacznijmy zatem od początku.

Chodzenie po węglach

Nie widzę żadnej sensacji w tym, że ktoś się poparzył na seminarium „Unleash the Power Within” w San Jose. Przecież to się zdarza. I wie o ty każdy, kto kiedykolwiek organizował firewalking. Jedni ludzie się parzą, inni nie. Podobnie jak niektórzy ludzie jeżdżąc na nartach łamią nogi. I zdarza się to każdemu nawet najlepszym. Wiem, że podczas innych szkoleń Robbinsa ludzie się też parzyli. Skąd wiem, bo rozmawiałem z nimi na drugi dzień rano. Ale tutaj nie chodzi o to, czy się poparzę, czy nie. Jeżdżąc na nartach też ryzykuję upadek i poważne konsekwencje, ale jednak jeżdżę. Jeżeli skupimy się na tym, że jedynym wymiernym sukcesem przejścia przez ogień ma być idealnie taka sama stopa jak przed przejściem po nim, to stawiamy złą hipotezę.

Co do praw fizyki… Polecam film z cyklu Mythbusters, gdzie empirycznie udowodniono, że samo niskie przewodnictwo cieple węgla drzewnego nie ma wpływu na to, czy przechodząc po żarach poparzymy się, czy wyjdziemy z tego bez szwanku.

Przejście po żarach (czy jak kto woli, po ogniu) jest tylko metaforą. Robbins wzbudza i warunkuje w uczestnikach tzw. peak state (stan szczytowy), dzięki któremu będą mogli przełamać lęk i przejść przez ogień. Z tego, co pamiętam nie daje on gwarancji nie poparzenia się. Ale nie oznacza to że aby przejść potrzebny jest ten stan. Są osoby, które robią w stanie pełnego relaksu, czy wręcz transu. Są i takie, które dają upust swojej złości i agresji, są i takie, które po prostu przechodzą, bo tak zdecydowali. Sam przeszedłem 20 razy po rząd po węglach w rytm muzyki hardrockowej i dwa razy po dwunastometrowej ścieżce rozżarzonych węgli. To przejście to tylko metafora. Po latach doświadczenia powiem, że patrząc na osobę, która robi pierwszy krok wiem, czy się poparzy czy nie, mimo, że nie jestem jasnowidzem. Wyjaśniam to uczestnikom szkolenia Trener motywacyjny.

Wizualizacja i afirmacja.

Jeżeli wizualizacja fatycznie nie działa, jak twierdzi autor przytaczając jakieś badania naukowe, to od razu zadaję sobie pytanie: dlaczego większość moich marzeń i wizji się spełniło? Spełniły się, mimo że wszystkie dane wskazywały na tak nigdy się nie stanie. Ponad trzydzieści lat temu marzyłem i wizualizowałem, że będę pływał na statkach pasażerskich, a potem, mimo moich bardzo słabych wyników z przedmiotów ścisłych w liceum, zdałem do Wyższej Szkoły Morskiej i pływałem przez wiele lat.
Jeżeli wizualizacja nie działa, to dlaczego wizualizowałem przelot na Kanionem Kolorado i kilka lat później nad nim leciałem? Jeżeli to nie jest zasługa wizualizacji, to czego? Przeznaczenia, zbiegu okoliczności? Mam wiele takich przykładów z życia swojego oraz innych ludzi.

Oczywiście nie chodzi o to, aby tylko wizualizować i afirmować leżąc w łóżku lub „wciskać sobie kit”, że jest się bogatym, a pozostaje się bez dochodów wiele miesięcy. Tylko o tym wiadomo już od dawna. Nie potrzeba badań naukowych, żeby to potwierdzić. Studenci, którzy wizualizują i nie uczą się, faktycznie mogą nie zdać egzaminu, w przeciwieństwie do tych, który nie wizualizowali i uczyli się. Warto jednak uczyć się i jednocześnie wizualizować i wtedy porównać wyniki. Chociaż także i te nie będą wiarygodne. Nie wiemy w jakim dokładnie środowisku wychowuje się dana jednostka. Nie wiemy, w jaki sposób zostało ukształtowane i uwarunkowane jej myślenie. Wreszcie nie wiemy, czy i jakie przeżycia wpłynęły na jej sposób patrzenia na świat i postrzegania samego siebie. To są zbyt złożone rzeczy, aby można było wyciągać wnioski z prostego badania. Piszę to oczywiście z całym szacunkiem dla nauki i jej osiągnieć.. Sam spędziłem ponad rok w laboratorium uczestnicząc w zakrojonym na szeroką skalę badaniu. Stąd wiem, jak różne można stosować narzędzia pomiarowe, jak różnie można interpretować wyniki, a przede wszystkim, jak odmienne można stawiać hipotezy. Pamiętajmy, że fizyka newtonowska nie odpowiada na wszystkie pytania. Fizycy kwantowi coraz głośniej mówią o tym, aby ograniczyć lub wręcz wyeliminować ze szkół niektóre aspekty fizyki newtonowskiej, bo nauka poszła już znaczniejsze dalej. Kiedyś mówiło się tylko o danych zjawiskach nie uwzględniając obserwatora. Rzeczy i procesy bez obserwatora nie istnieją, lub istnieją w innym stanie. Nauka zmieniała zdanie już wielokrotnie. Jesteśmy coraz mądrzejsi, mamy coraz więcej badań, a nie wiemy, czy picie kawy jest dla dobre dla naszego organizmu, czy złe? Jak mawia Tony Robbins – zależy, kto sponsoruje badania.

Jeżeli chcemy stworzyć coś wartościowego najpierw potrzebna jest wizja, potem szkic, potem model, potem prototyp, a dopiero na końcu pojawia się gotowy produkt. Czymże jest ten pierwszy etap, jak nie wizualizacją? – wyobrażeniem? No chyba, że się mylę? Chyba, że najpierw stoi dom, a potem się myśli, jak on jest zbudowany, zbiera się materiały, rysuje się szkic, a potem mówi się, że ma się pomysł, żeby zbudować dom?

“Na początku było Słowo,
a Słowo było u Boga –
i Bogiem było Słowo” .

Einstein powiedział kiedyś, że zdrowy rozsądek to zbiór uprzedzeń nabytych do osiemnastego roku życia. Ten sam uczony znany jest z innego powiedzenia: „Wyobraźnia jest ważniejsza niż wiedza, bo choć wiedza wskazuje na to, co jest, wyobraźnia wskazuje na to, co będzie”. Jeżeli odrzucimy wyobraźnię i wizualizację odrzucimy naukę, która jak wynika z artykułu odrzuca wizualizację. Dlatego wszelkie próby podważania przez jakiekolwiek badania rzeczy oczywistych nie mają sensu. Jeżeli już mamy robić takie badania, to niech to będą badania jakościowe, a nie ilościowe. Zresztą takie badania były już robione.

Wizualizacja to proces naturalny, nie można przestać myśleć o przyszłości i tworzyć o niej wyobrażenia. Zaś to, w jaki sposób to robimy jest uwarunkowane środowiskowo. Większość dzieci z rodzin patologicznych stworzy rodziny patologiczne. Porównywalnie, większość dzieci z tzw. dobrych rodzi stworzy takież rodziny. Podobnie jest z wyuczoną bezradnością. Ale większość, to nie wszyscy. Każdy z nas ma wybór. Zaś wizualizowanie i afirmowanie to jedne z najskuteczniejszych sposób na zmianę tego, czego w życiu nie chcemy i dążenie w kierunku tego, czego pragniemy. Oczywiście potrzeba jeszcze do tego pracy, ale pamiętajmy o tym, że na efekty pracy zawsze składająca się kilka czynników. Jednym z najistotniejszych jest cel: po co pracuję, co chcę z tej pracy osiągnąć, gdzie ma mnie ona zaprowadzić?

Cele

Przyznam, że przeczytawszy część artykułu na temat celów byłem jeszcze bardziej zaskoczony. Wręcz powiedziałem się na głos: „To ktoś to jeszcze podważa?”. Jaki ma sens dyskutowanie po raz kolejny o celach? Przecież wszystko jest zbudowane na celach. Czy polecielibyśmy na Księżyc, gdyby ktoś najpierw sobie tego nie wyobraził, a potem nie zaplanował? Czy jest sens zakładania firmy bez określenia celów, jakie ma ona osiągnąć? Po co wychodzić z domu, jeżeli nie wie się po co i gdzie się idzie?

W artykule przytoczony jest fragment książki: „Antidotum – szczęście dla ludzi, którzy nie znoszą pozytywnego myślenia”. Jej autor twierdzi, że firmy nie powinny trzymać się swoich ciasno sformułowanych zamierzeń, a odpowiadać na potrzeby rynku. Założę się, że ten sam autor po skończeniu jednego z rozdziałów książki wziął do ręki swojego iphona i zadzwonił do swojego znajomego. Kto wie, być może w trakcie pisania słuchał muzyki ze odtwarzacza mp3?

„Odpowiadać na potrzeby rynku?” Przecież od dawna wiadomo, że ludzie nie wiedzą, czego chcą. To wizjonerzy wytwarzają potrzeby. To ludzie, którzy mają wyobraźnię i wyznaczają sobie cele, a potem je realizują nadają kierunek rozwoju cywilizacji. Samochody, radio, telewizja, komputery, odtwarzacze mp3, smartfony, tablety, Facebook, Twitter… I to są odpowiedzi na potrzeby rynku? Naprawdę ktoś jeszcze tak uważa? Nie trzeba być naukowcem, nie trzeba kończyć kierunkowych studiów, żeby o tym wiedzieć. Wystarczy poczytać kilka dobrych książek, artykułów, czy obejrzeć wypowiedzi mądrych ludzi na youtube lub posłuchać wywiadów jakich udzielają.

A co do samej wspomnianej książki? No cóż, ludzi piszą, mówią i robią różne rzeczy, aby prowokować, zdobyć popularność, czy zwyczajnie zarobić więcej pieniędzy. Ale czyż takich działań też nie trzeba planować..?

Jest prawdą, że nigdy nie przeprowadzono badania wśród studentów Uniwersytetu Yale na temat wytyczania celów, ale nie zmienia to faktu, że cele, chcemy, czy nie chcemy i tak wytyczamy. Możemy to jedynie robić mniej lub bardziej świadomie. Możemy zrezygnować z działań automatycznych i nawykowych i zacząć podejmować działania, które poprowadzą nas w tym kierunku, w którym chcemy iść. A do tego potrzebną są marzenia, cele i plany. Czy one wszystkie się realizują? Nie! Faktycznie, trudno się nie zgodzić z autorką książki „Tyrania wyboru”, która jest przytaczana w artykule. Rzeczywiście sam znam takich mówców, treneów i coachów, którzy wmawiają ludziom, że wszystko mogą osiągnąć i że dowolnie mogą kształtować swoje życie. To nieprawda. Kiedyś w jednym z wywiadów Aleksander Kwaśniewski powiedział, że nigdy się nie spodziewał, że kiedyś zostanie prezydentem Polski. Życie jest złożone chociaż dlatego, że każdy ma własne marzenia i cele i podejmuje działania w kierunku ich realizacji. Często nie są one zbieżne z naszymi dlatego dochodzi do konfliktów, w których jedni tracą, a inni zyskują. Są także rzeczy, na które nie mamy wpływu: katastrofy, klimat, choroby wśród najbliższych, itp.

Od lat stosuję własną technologię wytyczania celów. Mimo, że jest ona bardzo dobrze opracowana, to i tak jestem w stanie zrealizować od sześćdziesięciu do osiemdziesięciu procent swoich celów – nigdy wszystkich. Jak ważne są cele i jak je wytyczać opisałem w dwóch książkach: „Wywieranie wpływu na siebie” i „Biblia sprzedaży”.

Porażka i sukces

W dalszej części artykułu możemy przeczytać fragment książki Marcina Szczygielskiego, w której autor piszę, że każde złe doświadczenia odziera człowieka z wierzchniej, miękkiej, delikatnej, wrażliwej tkanki, a gdy liczba bodźców osiągnie dopuszczalny próg, pozostaje pierwotne jądro, to twarde i obojętne, kierowane instynktem i wolą przetrwania. Wcześniej dowiadujemy się, że ta, jak ja nazywa autor artykułu, poppsychologia deprecjonuje porażkę, która powinna być traktowana jako lekcja i że tylko nieliczni są w stanie podnieść się po porażkach i wyjść z kryzysu silniejsi.

To powszechne mniemanie powoduje więcej złego, niż dobrego. To nie złe, czy dobre doświadczenie odziera człowieka z czegokolwiek. To interpretacja tego doświadczenia może go osłabić lub wzmocnić. Dla jednej osoby utrata pracy stanie się okazją do zdobycia nowej, lepiej płatnej, dla kogoś innego stanie się klęską życiową, która przerodzi się w depresję. Doświadczenie jest to samo, zmienia się tylko jego interpretacja. Anthony Robbins mówi: wyciągnij wnioski, zaplanuj i podejmij działanie – im szybciej, tym lepiej. Czy to zły sposób podejścia do tego co się stało? A może lepiej jednak posłuchać psychologów i powiedzieć sobie prawdę? Tylko jaką? Taką, że jestem nieudacznikiem, życiową ofermą, że ma pecha, że jest kryzys, ze ludzie są świnie, że świat jest podły? I co mi to da? Powiem sobie prawdę? I co ma mi dać ta „prawda”? To że nie będę się oszukiwał? To przecież prosta droga do załamania nerwowego i do leczenia. A może właśnie o to chodzi?

To my ludzie sami interpretujemy własne doświadczenia, albo pozwalamy innym je interpretować. Polecam książkę Victora Frankla „Człowiek w poszukiwaniu sensu”. Autor książki w okresie okupacji spędził wiele lat w Oświęcimiu i w Dachau, gdzie zginęli jego rodzice, brat, żona i dzieci. Zachował żywe wspomnienia lat spędzony w obozie i tych strasznych doświadczeń, jednak potrafił wykorzystać je w sposób konstruktywny i nie wpłynęły one negatywnie na jego entuzjazm i umiłowanie życia. Ponieważ przed wojną był psychologiem i posiadał doświadczenie terapeutyczne obserwował zachowanie ludzi i prowadził rozmowy z nimi. Zastanawiał się dlaczego jedni umierają, a inny przeżywają. Dostrzegł, że tym, co sprawia, iż ludzie żyli było znaczenie jakiego nadawali swojemu doświadczeniu. Ci z więźniów, którzy kojarzyli pobyt w obozie ze śmiercią i odczuwali nieznośne cierpienie – umierali. Ci zaś, którzy przeżywali unikali myślenia o cierpieniu, tylko starali się nadać temu doświadczeniu innego znaczenia. Polecam, to jedna z najbardziej wartościowych książek, jakie można przeczytać.

Podobnie stara się oddziaływać na uczestników swoich szkoleń Anthony Robbins. Pokazuje im, że problemy są częścią naszego życia, nie możemy ich uniknąć, ale to, jak na nie zareagujemy, jest naszym wyborem.

Z kolei ja, po przeczytaniu artykułu mam wrażenie, że cofnąłem się mentalnie do okresu komunistycznej Polski, gdzie możliwości były bardzo ograniczone, a naród był z partią, a partia robiła, co chciała, a naród siedział cicho. Cicho do momentu, aż ktoś postawił sobie wyraźny cel i przeskoczył przez płot. Do momentu aż ktoś miał wizję i powiedział: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi!”

Podsumowując. Raczej nie pojadę na seminarium Robbinsa w Polsce, ale nie dlatego, że zostałem oświecony, bo oszukuje on ludzi wznawiając im, że ogień to nie ogień, a „chłodny mech”. Nie pojadę, bo między innymi dzięki jego szkoleniom tak rozwinąłem swoją postawę i kompetencje, że mam już plany zawodowe na przyszły rok. A ponieważ wytyczam cele i wizualizuję, trzymam się tego, co jest dla mnie priorytetem.

Nie przestanę także wytyczać celów, bo cytowani w artykule autorzy, albo chcą wzbudzać kontrowersje, albo powinni nieco poduczyć się z zakresu socjologii i marketingu.

Nie przystanę także afirmować i wizualizować i doradzać innym, aby robili to samo, bo w moje własne doświadczenie, a także doświadczenia innych ludzi pokazują, że jest to skuteczne, pod warunkiem, że wie się, jak to robić.

Nie zaprzestanę także zachęcać ludzi, aby przestali postrzegać pewne rzeczy, jako „koniec świata”, a głównie, aby przestali zbyt wiele oczekiwać od innych, a bardziej skupili się na tym, co sami mogą wnieść w życie swoje i innych. Bowiem, jak nauczał cytowany już tutaj św. Jan Paweł II: „Wymagajcie od siebie choćby inni od was nie wymagali”. Wbrew pozorom tak żyje się łatwiej. Porażka staje się bowiem porażką tylko wtedy, kiedy tak coś zinterpretujemy i nazwiemy. Czy mówimy niemowlakom, które próbują chodzić lub nieudolnie sklecić jakieś sylaby, żeby przestały i z godnością przyjęły porażkę? To my sami definiujemy co jest porażką, a co nią nie jest, co jest sukcesem, a co nie jest. Chiński sportowiec płacze z rozpaczy, że zdobył „tylko” srebrny medal, a stojący obok Kolumbijczyk cieszy się, że zajął dziewiąte miejsce.

Doceniam wkład pracy i podziwiam autora artykułu, że podjął się napisać na kilku stronach o tak złożonych sprawach. Być może artykuł ten miał na celu sprowokować ludzi do myślenia? Jeżeli tak to warto było umieścić w nim także przykłady badań alternatywnych, które pokazują, że afirmacja, wizualizacja, czy wytyczanie celów dają rezultaty. Kilkanaście lat pracy z ludźmi pokazało mi, że bardziej potrzebujemy wiary, nadziej i miłości niż zimnego „naukowego” prysznica, który tak naprawdę jest letni, przez co ani nas nie ogrzeje, ani nas nie zahartuje.


Kontakt

Tel.: (+48) 533 445 401